Przełamują słabości, pokonują bariery zmęczenia i bólu, poprawiają umiejętności, ale o medale nie walczą, gdyż sport to dla nich czysta radość

Karate po godzinach

W latach 90. dopadła mnie rwa kulszowa. Co trzy miesiące przez dwa dni zginało mnie z bólu w scyzoryk, nie mogłem się wyprostować, ani chodzić. Wołałem o pomoc, żeby mnie podnieśli. Treningi karate okazały się lekarstwem. Teraz już tak nie cierpię – opowiada Krzysztof Rejment (51 lat), z wykształcenia inżynier mechanik.
Wtorek i czwartek, godz. 20.30. Do sali (dojo) wrocławskiego Klubu Karate Kyokushin im. Masutatsu Oyamy przy ul. Kościuszki wchodzi niecodzienna grupa wojowników. Są tacy, co mają już 56 lat na karku, ale jest też młodziutka studentka. A więc mężczyźni i kobiety. Inżynierowie, radcy prawni, biznesmeni, generalnie ludzie z wyższym wykształceniem. Czeka ich prawdziwa katorga treningu w najtwardszym stylu karate - kyokushin.

JACEK LAMOT (sensei i guru klubu z ulicy Kościuszki:, czarny pas, III dan):  - Nie traktujemy ich bardziej ulgowo niż naszych zawodników, którzy walczą o medale mistrzostw Polski, Europy czy świata. „Amatorzy”  wręcz domagają się mocnych treningów. Jeśli ćwiczenia są za lekkie i za łatwe, to do instruktora przychodzi delegacja z grupy i podkręca go, żeby prowadził zajęcia na wyższym poziomie wytrzymałościowym i technicznym. Ci dorośli i dojrzali ludzie chcą się rozwijać fizycznie i wzmacniać psychicznie. Dzielnie łączą karate z obowiązkami zawodowymi i rodzinnymi. Prowadzimy dwie takie amatorskie grupy dla dorosłych. Liczą ok. 20 osób. W tym 3-4 kobiety. 6-7 lat temu życie, a raczej zainteresowanie, wymusiło wprowadzenie zajęć dla osób głównie po trzydziestce, które chciały trenować karate dla własnej satysfakcji, a nie po to, by startować w zawodach.

KRZYSZTOF REJMENT: - Pragnąłem zarazić pasją do sportu mego syna, żeby nie spędzał młodości przed komputerem. On pocił się na treningu karate, a ja czekałem na niego na krześle w klubowym korytarzu i rósł mi „bęben”. Powstała grupa dla dorosłych, którą prowadziła Katarzyna Janocha (siostra mistrzyni Natalii) i ja się zapisałem. 6 lat temu. Dziś mam już zielony pas z brązową belką i trenuję razem z synem. Kiedyś dopadała mnie zadyszka, gdy szedłem po schodach do domu, teraz bez zmęczenia biegnę do tramwaju. A moi znajomi w takich sytuacjach nie potrafią złapać tchu. Czuję się lekki, choć ważę 118 kg. Karate podnosi mnie na duchu, gdyż nie zawsze przecież dobrze mi się wiedzie w życiu. Czasem po głowie chodzą myśli: „co ja tutaj robię, przecież za stary jestem!”. Ale potem wytrzymuję cały ciężki trening („przecież dasz radę” – mówi sensei) i znów jestem z siebie zadowolony. Umiejętności kyokushin nie wykorzystuję na ulicy. Na spacer wychodzę z psem.

MACIEJ WAŚNIEWSKI (radca prawny, prowadzi własną kancelarię, lat 40, właśnie zdał egzamin na zielony pas): - Już w latach 80. chodziłem na treningi karate, lecz zawsze było coś ważniejszego w życiu. Ale 2,5 roku temu wróciłem do tego sportu. Swoją pasją zaraziłem córeczkę Olivię, która niebawem będzie miała 13 lat. Chodzi na zajęcia do grupy dziecięcej. Także żona trenowała z nami, lecz musiała przerwać z braku czasu. Właśnie bowiem otworzyliśmy samoobsługową sporą restaurację „Jadłomania” przy ul. Ruskiej we Wrocławiu. Karate dało mi formę fizyczną, w jakiej nigdy dotąd nie byłem i pozwala mi się odstresować, zapomnieć o ewentualnych problemach. I po 20 latach rzuciłem palenie! Zmusiły mnie do tego ciężkie treningi. Poza tym, nigdzie nie dostanie się takiego fizycznego „wpieprzu” jak w naszym klubie. Dla nas dorosłych dyscyplina panująca na zajęciach to taki powrót do dzieciństwa, do lat szkolnych. Tu na Kościuszki za gadanie na „lekcji”, spóźnienie się, brudny strój, czy niedbale wykonanie zadanie, dostajemy karę w postaci dodatkowych stu pompek i przysiadów. Jeśli ktoś chce mieć lekko, to niech poszuka sobie innego klubu i innego sportu. Poza tym, znalazłem tu fajne towarzystwo. Czasem wypadamy razem na miasto do jakiejś restauracji i wtedy możemy się nagadać przy piwie. Jak znajduję czas na treningi? Zawsze można go wygospodarować. To kwestia organizacji i planowania dnia. Karate uczy dyscypliny i systematyczności.

PIOTR MYDŁOWSKI  (geodeta, 27 lat, żółty pas): - Karate trenuję trzeci rok. Pragnąłem ćwiczyć sztukę walki, ale nie chciałem wracać do domu z poobijaną buzią jak po boksie czy Muay Thai. U nas nie bije się pięścią w twarz. W kyokushin jednak też można się sprawdzić i wyrobić sobie silną wolę. Kiedy już nie masz siły, by wykonać jakieś ćwiczenie, to się przełamujesz, robisz je i… dokładasz kolejne. Na tym to polega, żeby walczyć ze swoją słabością i podwyższać poprzeczkę. I rozwijać się. Nie zamierzam startować w zawodach, ale chciałbym umieć obronić siebie i swoją rodzinę na ulicy w jakiejś krytycznej sytuacji. Teraz jeszcze tego nie potrafię. Uczę się dalej. Nawet moja dziewczyna mnie wspiera w mej pasji i oglądała jak trenuję. Na szczęście wtedy nie było walk sparingowych, bo by się jej mogły nie spodobać. Niekiedy podczas takich potyczek człowiek dostaje w wątrobę i pada. Ja już kilka razy padałem. Każdemu, kto się uczy tego sportu, to się zdarza. 
 
DARIUSZ BŁAWUCIAK (przedstawiciel handlowy, 42 lata, zielony pas): - Pierwsze kroki w karate stawiałem zaraz po tym jak pokazano u nas film. pt. „Wejście Smoka” z Brucem Lee. U Jacka Lamota ćwiczę już szósty rok. Kolega mnie przekonał: „wcale na to jeszcze nie jesteś za stary!”. Zalety treningów w kyokushin? Lepsze samopoczucie, kondycja fizyczna i pewnie psychiczna, współzawodnictwo i fajna, zgrana paczka. Żona i córka, która ma 16 lat, z przekory żartują, że zwariowałem, gdyż w moim wieku to już tylko szachy, ewentualnie pływanie. W zawodach nie wystartuję, bo jeszcze za małe umiejętności. Ale dla nas takimi zawodami co pół roku są egzaminy na wyższe stopnie. Dwa razy w miesiącu toczymy walki w dojo. Mogę się sprawdzić z takimi oldboyami jak ja, ale i z młodzieżą, której staram się nie odpuszczać. Raz w miesiącu bijemy się w pełnym kontakcie. Na szczęście nigdy nie zostałem znokautowany, lecz połamałem sobie dwa kciuki i duży palec w stopie, że o obitych piszczelach już nie wspomnę. Kontuzje mnie nie zniechęcają, choć kilku przez nie zrezygnowało.

BARTOSZ LAMOT (zawodnik, a także instruktor grupy amatorskiej,  analityk w gazowni, 28 lat, czarny pas I dan): - I co z tego, że moi podopieczni nie zdobędą medali na zawodach? Serce mi rośnie, gdy widzę jak ciężko i z zapałem pracują na treningach, jak się sportowo i fizycznie rozwijają, i zdają egzaminy na wyższe stopnie. To są ludzie w różnym wieku i o różnym poziomie umiejętności, ale od każdego z nich wymagam 100% zaangażowania. Na ile potrafią. W godz. 7-15 pracuję gazowni, w godz. 19-22 prowadzę w klubie zajęcia i sam trenuję. Moja żona pracuje do godz. 19, widzimy się więc późnym wieczorem i w weekendy. To jest trochę kłopotliwe, bo teraz staramy się o dziecko. Ale Agata wiedziała kogo brała.

BARBARA LAMOT  (żona Jacka, mama Bartosza, pomaga prowadzić klub, zielony pas): - Karate ćwiczę od 7 lat. Czasem bywa tak, że jestem jedyną kobietą w sali i mężczyźni muszą sobie ze mną dawać radę. Kiedy przed nimi staje „starsza pani”, to oczywiście inaczej podchodzą do tego, ale pod względem szkoleniowym źle nie wypadam i mogę z nimi powalczyć. W każdym razie ruszam się, dzięki czemu moje ciało i kości są sprawne. I trzymam wagę. Karate zdominowało nasze życie rodzinne i w domu też ciągle o nim rozmawiamy z Jackiem, bo w klubie przecież tyle się dzieje. Na szczęście, karate mi się nie śni. W nocy więc od niego odpoczywam.

Dla twardzieli: karate po godzinach…
Bartłomiej Czekański
Fot. K. Ziółkowski
 
 

 Drukarnia Kursor

Sklep sportowy Meta